|
środa, 21 lipca 2010 09:39 |
 Opel zakończył produkcję modelu Zafira w gliwickim zakładzie General Motors Manufacturing Poland. Łącznie linię montażową opuściło prawie 460 000 egzemplarzy.
Pierwotny plan przewidywał kontynuację produkcji tego modelu do momentu wdrożenia w zakładach Bochum montażu Zafiry II, czyli do połowy przyszłego roku, przy czym wstępne plany zakładały wytworzenie tylko 6 000 sztuk Zafiry w 2011 roku (około 2 pojazdów na godzinę).
W związku z większym niż przewidywano zapotrzebowaniem na Astrę IV zwiększono w planie produkcyjnym ilość Astr kosztem wcześniejszego zakończenia produkcji Zafiry. Tak więc łączna ilość samochodów, które GMMP zbuduje w tym roku, nie ulega zmianie, a w roku 2011 może być większa niż pierwotnie zakładano.
Przekazanie Zafiry wynika także z realizacji planów restrukturyzacji Opel/Vauxhall i dostosowania rozkładu modeli pomiędzy zakłady w Europie tak, by wesprzeć kontynuację produkcji w Antwerpii do końca bieżącego roku. Zafira ma bardzo ważne miejsce w historii GMMP. To nowoczesny, zaawansowany technologicznie model, dzięki któremu gliwicki zakład rozwinął się, możliwe stało się zatrudnienie nowych pracowników i uruchomienie trzeciej zmiany. Produkowano go w Polsce na najwyższym jakościowo poziomie.
Od momentu uruchomienia produkcji 12 września 2005 roku fabryka zbudowała łącznie 459 549 sztuk Zafiry, z szeroką gamą opcji takich jak panoramiczny dach, standardowe 7- lub 5-siedzeniowe wersje, ale też usportowione odmiany OPC. Równie bogata była gama 13 silników, począwszy od pojemności 1,6 litra na 2,0 litra skończywszy: jednostki benzynowe, Diesla, LPG, CNG oraz dynamiczne jednostki z turbodoładowaniem o mocy 200 KM.
Wytwarzana w Polsce Zafira miała odbiorców na całym świecie; obok krajów Europy Zachodniej czy Rosji wysyłano ten model m.in. do Afryki Północnej.
Po pięciu latach produkcji żegnamy Zafirę i skupiamy się na produkcji Astry czwartej generacji, którą będziemy produkować w wersjach HB5, HB3, NB - podkreśla Przemysław Byszewski z firmy General Motors Poland.
|
|
środa, 21 lipca 2010 09:21 |
Za naszą południową granicą egzaminy na prawo jazdy za pierwszym razem zdaje większość kursantów, co m.in. podkreślają firmy proponujące Polakom egzaminacyjną turystykę do Czech - informuje "Polska The Times".
Oferują nawet pomoc w załatwieniu fikcyjnego zameldowania na co najmniej 185 dni wstecz, bo tylko w taki sposób można przystąpić do egzaminu. A wszystko za niewiele ponad 2 tys. zł.
W Czechach egzaminy na prawo jazdy za pierwszym razem zdaje większość kursantów. U nas bywa różnie. W Katowicach to 37 proc., ale w innych rejonach kraju nawet 24-27 proc. Są tacy, którym nie udaje się przejść części praktycznej nawet po kilkunastu podejściach.
(onet / Polska-TheTimes)
|
|
wtorek, 20 lipca 2010 14:59 |
|
Jesteś kierowcą, wykonującym przewozy drogowe? Masz prawo jazdy kategorii C, C1, D1, D?
Przypominamy, że jeśli uzyskałeś je przed 31 grudnia 1980 r. (w przypadku kategorii C1 lub C) lub pomiędzy 1 stycznia 1981 r. a 31 grudnia 1990 r. (w przypadku kategorii D1 lub D) - powinieneś, zgodnie z przepisami, odbyć okresowe szkolenie.
Winno ono trwać 35 godzin (zegarowych), a po jego zakończeniu należy - do 10 września 2010 r. - uzyskać odpowiedni wpis do prawa jazdy, co w praktyce oznacza wymianę "prawka".
Aby to uczynić, trzeba w wydziale ewidencji pojazdów i kierowców urzędu gminy złożyć stosowny wniosek wraz z załącznikami. Wzór wniosku oraz listę wymaganych dokumentów szczegółowe informacje na temat wymiany prawa jazdy można znaleźć w internecie na stronach biuletynów informacji publicznej (BIP) poszczególnych urzędów gmin.
|
|
wtorek, 20 lipca 2010 14:53 |
|
Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych skrzynie biegów o pięciu przełożeniach budziły podziw.
Dziś standardem jest już sześć przełożeń, ale w pogoni za zmniejszeniem zużycia paliwa i obniżeniem emisji CO2 producenci coraz częściej wyposażają swoje auta w kolejne biegi. Oczywiście, by nie stawiać właścicieli rodzinnych sedanów w roli kierowców ciągników siodłowych furorę robią obecnie skrzynie automatyczne i zautomatyzowane.
Mercedes zapowiedział właśnie, że znany z wyższych modeli marki 7-stopniowy "G-tronic" w niedługiej przyszłości zastąpiony zostanie nowym automatem. Skrzynia, która najprawdopodobniej wejdzie na rynek w 2012 roku, wraz z debiutem nowej klasy S, będzie miała aż dziewięć przełożeń.
Przekładnie opracowano tak, by współpracowała z silnikami o dużej pojemności. Nie jest to proste, bowiem moment obrotowy rozwijany przez największe jednostki napędowe Mercedesa powoduje ogromne obciążenia elementów układu napędowego.
Wprowadzona do oferty w 2003 roku przekładnia G-tronic, była pierwszą automatyczną skrzynią biegów o siedmiu przełożeniach stosowaną w samochodach osobowych.
źródło informacji: INTERIA.PL |
|
wtorek, 20 lipca 2010 14:15 |
 Uwaga kierowcy powinna skupiać się na drodze i otoczeniu wokół pojazdu, jednak często zdarza się, że dzwoniący telefon dekoncentruje prowadzącego auto. Ford znalazł na to sposób.
Nowy, elektroniczny systemie SYNC opracowanym przez inżynierów Forda i marki Lincoln na 2011 rok wzbogacił się o nową funkcję. Kierowca za pomocą jednego przycisku na desce rozdzielczej może zablokować rozmowy i wiadomości przychodzące na jego telefon.
Gdy funkcja „nie przeszkadzać” jest aktywna, telefon połączony z systemem SYNC za pomocą technologii Bluetooth, automatycznie przekierowuje połączenia głosowe do poczty głosowej, aby w dogodnym momencie było możliwe ich odsłuchanie. Podobnie dzieje się z wiadomościami tekstowymi, które lokowane są odpowiednim folderze.
Opracowany system nie blokuje połączeń alarmowych oraz tych aktywowanych głosem kierowcy. Producent nie wyklucza, że w kolejnej wersji oprogramowania SYNC, może zostać wprowadzona blokada klawiatury telefonu, uniemożliwiająca kierowcy manualne korzystanie z aparatu, kiedy pojazd jest w ruchu, co ma się przyczynić do zmniejszenia liczby wypadków.
(źródło: onet.pl) |
|
wtorek, 20 lipca 2010 14:12 |
 W związku z licznymi wątpliwościami dotyczącymi płacenia abonamentu RTV za radia w pojazdach demonstracyjnych, Związek Dealerów Samochodowych przeanalizował w tym zakresie obowiązujące przepisy prawne i przygotował opinię.
Podstawą prawną do pobierania abonamentu radiowo-telewizyjnego jest Ustawa z dnia 25 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych. Ustawa ta szczegółowo określa podmioty zobowiązane do ponoszenia opłat, zasady wnoszenia i wysokość oraz zwolnienia z tego obowiązku.
Przedsiębiorca (odmiennie niż w przypadku gospodarstw domowych) płaci za każdy odbiornik radiowy i telewizyjny, który wchodzi w skład jego wyposażenia, łącznie z odbiornikiem w samochodzie służbowym.
Zgodnie z ustawą odbiornikiem radiofonicznym albo telewizyjnym jest urządzenie techniczne dostosowane do odbioru programu. Dodatkowo ustawodawca wprowadził domniemanie, że osoba, która posiada odbiornik radiofoniczny lub telewizyjny w stanie umożliwiającym natychmiastowy odbiór programu, używa tego odbiornika. Przepisy o abonamencie RTV w sposób precyzyjny i nie budzący wątpliwości przesądzają o konieczności wnoszenia opłat za każdy firmowy odbiornik (w tym w samochodzie służbowym). Wątpliwość natomiast pojawia się w przypadku odbiornika w samochodzie demonstracyjnym (nie wprowadzonego do środków trwałych).
Po przeanalizowaniu przepisów ZDS stoi na stanowisku, że radio w samochodzie demonstracyjnym (jako standard wyposażenia) nie różni się od radia stojącego na półce w sklepie oprócz tego tylko, że jest inaczej opakowane (całym samochodem). W związku z powyższym zasadnym powinno być zastosowanie w tym zakresie art. 5 ust. 2 ustawy, który to przepis zwalnia z obowiązku rejestracji odbiornika: „odbiorniki… przeznaczone przez przedsiębiorcę wyłącznie do sprzedaży lub przekazania osobom trzecim do używania na podstawie umów, jeżeli czynności te należą do przedmiotu działalności gospodarczej danego przedsiębiorcy”.
Samochód demonstracyjny w myśl przepisów podatkowych do czasu, kiedy nie wchodzi do środków trwałych dealera (do 1 roku), wciąż zachowuje status towaru handlowego. Zwolnienie z obowiązku rejestracji jest tożsame z niepodleganiem pod przepisy ustawy, co skutkuje brakiem obowiązku płacenia abonamentu.
(źródło: samar / onet.pl)
|
|
wtorek, 20 lipca 2010 08:29 |
|
"Ponad dwadzieścia samochodów, należących do plażowiczów wypoczywających na podbydgoskim jeziorem, spłonęło w ciągu kilkunastu minut. Przyczyna na razie nieznana, straż pożarna szuka przyczyny."
By wywołać pożar nie potrzeba jednak wcale źródła ognia. Podłoże jest tak suche, że bez problemu może zająć się od temperatury.
Niestety, rolę zapalniczki często przejmuje samochód. Wielu kierowców, wbrew zaleceniom leśników, zapuszcza się swoimi pojazdami do lasów. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że większość poruszających się po naszych drogach pojazdów wyposażonych jest w katalizator spalin. Temperatura pracy tego urządzenia wynosi około 600 stopni Celsjusza.
Przy niesprawnym układzie wtryskowym, katalizator potrafi rozgrzać się nawet do 900 stopni. W większości aut urządzenie to znajduje się około 20 centymetrów nad ziemią. W takim przypadku pozostawienie auta gdzieś w lesie lub na wysuszonym słońcem trawiastym brzegu jeziora to dosłowne igranie z ogniem.
Pamiętajmy więc, by świadomie wybierać miejsca postoju i jeśli to możliwe, nie zapuszczać się samochodami do lasów. W związku z dużym zagrożeniem pożarowym w kilku województwach już dziś obowiązuje zakaz wstępu do lasów. |
|
poniedziałek, 19 lipca 2010 15:36 |
 Fotoradary rosną przy drogach jak grzyby po deszczu. Niebawem urządzenia mogą przestać spełniać swoją rolę. Wszystko za sprawą specjalnej farby...
Izraelska firma NanoFlight opracowała lakier, który znacząco zmniejsza szansę na wykrycie obiektu przez radar – poinformował serwis motorcycle.org.
Farba wykonana w nanotechnologii nie gwarantuje całkowitej niewidzialności dla radarów. Działa jednak na tyle dobrze, by uczynić klasyczne radary praktycznie bezużytecznymi. Skład lakieru powoduje pochłanianie promieniowania emitowanego przez radary oraz oddawanie go do otoczenia w formie ciepła.
O możliwości cywilnego zastosowania farby informują sami przedstawiciele firmy NanoFlight. Przekonują, że lakier będzie skutecznie chronił m.in. przed promieniowaniem elektromagnetycznym ze stacji transformatorów.
Piraci nie powinni jednak cieszyć się na zapas. Nawet tak zaawansowane rozwiązanie nie zda egzaminu w konfrontacji z laserowymi miernikami prędkości oraz wideorejestratorami.
(źródło: onet.pl) |
|
poniedziałek, 19 lipca 2010 08:20 |
|
O tym, że podawane w folderach reklamowych zużycie paliwa ma tyle wspólnego z prawdą, co obietnice przedwyborcze, wiemy wszyscy. Co ciekawe, człowiekiem, który postanowił bronić kierowców przed manipulacjami producentów aut, jest europoseł Jacek Kurski.
Oczywiście wiele zależy od warunków eksploatacji i ciężaru obuwia kierowcy, ale średnie zużycie paliwa w rzeczywistości jest zazwyczaj o 20-30 proc. większe, niż podaje to "fabryka". Pomiary wykonywane wg normy określonej w europejskiej dyrektywie 93/116/EC są szczególnie korzystne dla samochodów z napędem hybrydowym. Dlatego właśnie hybryda, która według producenta zużywa 5 l/100 km, w rzeczywistości często potrafi spalić nawet dwa razy więcej.
Robienie ludzi w balona przez wiele lat uchodziło producentom na sucho. Okazuje się jednak, że wkrótce może się to skończyć. Wojnę nieuczciwym firmom wypowiedział nie byle kto. Ku naszemu zdziwieniu, zdrowym rozsądkiem wykazał się najszybszy polski parlamentarzysta, kolekcjoner mandatów i drogowych skandali - Jacek Kurski.
Europoseł PiS, który w Parlamencie Europejskim pracuje w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumenta, w napisanej przez siebie interpelacji wystąpił do komisji o przedstawienie analiz na temat rozbieżności danych reklamowych i rzeczywistych oraz o rewizję obowiązującej dyrektywy. Chodzi o to, by chronić klientów, którzy decydują się na konkretne auto w oparciu dane dotyczące zużycia paliwa, jak się okazuje - mocno zafałszowane.
Prawdę powiedziawszy nie sądziliśmy, że dożyjemy czasów, gdy bez mrugnięcia okiem będziemy mogli całkowicie zgodzić się z tokiem rozumowania posła Kurskiego...
(źródło: moto.interia.pl) |
|
piątek, 16 lipca 2010 16:00 |
|
Jedną z wielu obiecanek, jaką w czasie kampanii wyborczej hurtowo zasypywali nas kandydaci na prezydenta była ta dotycząca budowy dróg. Bronisław Komorowski obiecał np., że jeśli to on zostanie prezydentem, w 500 dni od daty jego wyboru rozpocznie się budowa tysiąca kilometrów nowych dróg.
Co ciekawe, wygląda na to, że nowy prezydent nie żartował. Drogowcy ostro wzięli się do pracy, dziś w Pruszkowie uroczyście ruszyła budowa autostrady A2. Ponieważ nad tymi ostatnimi ciąży w Polsce fatum, również i w tym przypadku nie obyło się bez absurdu. Robotnicy, którzy rozpoczęli pierwsze prace przygotowujące teren pod inwestycję czynią to bezprawnie. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie otrzymała bowiem pozwoleń na budowę poszczególnych odcinków trasy!
Jak to zwykle w Polsce bywa dokumenty utknęły w urzędniczym korku. Obecnie do wojewodów łódzkiego i mazowieckiego wypłynęły wnioski o wydanie pozwolenia na budowę pięciu odcinków nowej trasy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pozwolenie na budowę przebiegającego w okolicach Brwinowa odcinka D uda się uzyskać do końca miesiąca.
Trzeba jednak dodać, że GDDKiA również nie jest bez winy. Wnioski w sprawie udzielenia pozwolenia na budowę odcinków D1 i D2 złożono dopiero piątego maja tego roku. Pierwszy wymagał jednak uzupełnienia, co poskutkowało tym, że postępowanie w sprawie wydania decyzji wszczęto dopiero 13 maja. W tym samym dniu Wojewoda Mazowiecki wydał postanowienie o zawieszeniu postępowania do zakończenia oceny oddziaływania inwestycji na środowisko. Szóstego czerwca wszczęto postępowanie w sprawie wydania decyzji o pozwoleniu na budowę dla Obwodu Utrzymania Autostrady w Pruszkowie, cztery dni później uruchomiono taką samą procedurę dotyczącą MOPów, czyli miejsc obsługi podróżnych.
Rozpoczęcie inwestycji bez pozwolenia jest jawnym pogwałceniem przepisów. Wg prawa budowlanego inwestor może wejść na plac budowy dopiero po wydaniu pozwolenia i po złożeniu zawiadomienia o rozpoczęciu inwestycji (dopiero wówczas pozwolenie na budowę nabiera mocy prawnej). W najlepszym wypadku można więc rozpocząć budowę w 14 dni od daty odebrania pozwolenia. Nie jest to jednak pewne, bowiem bezpośredni sąsiedzi inwestycji mają prawo składania protestów. Każdy taki protest, nawet jeśli jest zupełnie nieuzasadniony, wstrzymuje budowę. Urząd, do którego wpłynie zobowiązany jest zbadać jego zasadność.
Przykład Pruszkowa pokazuje, że obietnice Bronisława Komorowskiego dotyczące "rozpoczęcia" budowy 1000 km nowych dróg w najbliższych 500 dniach nie były jedynie pustymi słowami. Nikt nie obiecywał przecież, że owe "rozpoczęcie" odbywać się będzie zgodnie z prawem...
(źródło: poboczem.pl) |
|
|
piątek, 16 lipca 2010 13:47 |
|
Niedawno samochody topiły się w wodzie, teraz w... asfalcie. I to nie tylko ciężarówki, ale również samochody osobowe. W gorące dni trzeba uważać, gdzie się parkuje.
Wystarczy krótki postój w oczekiwaniu zmiany świateł na skrzyżowaniu i kłopoty gotowe.
Kto nie zachowa ostrożności i wcześniej nie sprawdzi obcasem trwałości podłoża, po powrocie może zastać swoje auto zanurzone po felgi w ropochodnej mazi. Wydobycie go z takiej pułapki bywa trudniejsze niż wyjazd ze śnieżnej zaspy. A na pewno można się przy takiej operacji bardziej wybrudzić....
Zresztą niebezpieczeństwo zagraża nam nie tylko na parkingach. Są miejsca, gdzie wystarczy krótki postój w oczekiwaniu zmiany świateł na skrzyżowaniu i kłopoty gotowe.
Bohaterowie westernów chlubili się umiejętnością tropienia bizonów na preriach. Gdyby takie stado przeszło latem po polskiej szosie, pozostawione przez nie na asfalcie ślady pozwoliłyby dokładnie policzyć zwierzęta, określić ich wagę, wiek, płeć i ewentualne odmienności w kształcie kopyt. Dałyby też szczegółową wiedzę, co do liczby sztuk, które połamały sobie nogi w dziurach na drodze...
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad poinformowała niedawno, że nie widzi żadnego powodu, dla którego należałoby wstrzymywać podczas upałów ruch ciężkich pojazdów, ponieważ już 60 proc. dróg w Polsce jest w bardzo dobrym stanie, a resztę sukcesywnie się remontuje. Kierowcy mają na ten temat odmienne zdanie, czemu dali i dają wyraz w internetowych komentarzach.
Przy okazji powróciły znane opowieści o przyczynach problemów z jakością nawierzchni naszych jezdni. Wszystkiemu winien jest ponoć paskudny klimat. Otóż w tropikach jest zawsze gorąco, a rejonach podbiegunowych zawsze zimno. Dlatego można tam zastosować jedną, najwłaściwszą dla konkretnych warunków mieszankę asfaltu. W Polsce pogodę mamy kapryśną. Latem doskwierają upały, zimą - mrozy. To powoduje, że nie da się, po prostu nie da, znaleźć budulca, który byłby wystarczająco trwały w rodzimych okolicznościach przyrody. Dlatego, pomimo nadludzkich wysiłków urzędników GDDKiA, jesteśmy skazani na koleiny i dziury.
Czyżby? Wystarczy pojechać za najbliższe granice, aby zwątpić w przytoczone wyżej argumenty. W Niemczech czy Austrii lata bywają jeszcze gorętsze, a zimy mroźniejsze niż w Polsce. Na stan tamtejszych dróg jakoś to jednak nie wpływa. Cud, czy co?
(Źródło: interia.pl/podobczem.pl) |
|
piątek, 16 lipca 2010 13:04 |
|
Z krajobrazu naszych miast i wsi mają zniknąć atrapy fotoradarów. Podobno nie zdały egzaminu.
Powinny skłaniać kierowców do zdjęcia nogi z gazu, tymczasem miejscowi wiedząc, że mijany codziennie słupek ze skrzynką to zwyczajny pic na wodę, nic sobie nie robią z ich obecności i gnają dalej, podczas gdy obcy na widok przypominającego peryskop okrętu podwodnego masztu gwałtownie hamują, co nie tylko wprowadza zamieszanie, ale także grozi wypadkiem. Jeśli usuniemy fotoradarowe wydmuszki - rozumują najwyraźniej autorzy proponowanej nowelizacji prawa drogowego - wszyscy będą pędzić jednakowo szybko, przez co zrobi się bezpieczniej. Logiczne?
Powiedzmy od razu, że straszenie kierowców atrapami ma w Polsce dość długą tradycję. W czasach PRL przy drogach ustawiano wycięte z dykty sylwetki radiowozów i milicjantów. Niestety, autorzy tej maskarady nie zadbali o realia: radiowóz lśnił nowością, milicjant się uśmiechał, a cały "patrol", zamiast zgodnie z ówczesnym zwyczajem tkwić w krzakach, był widoczny z daleka. Piraci drogowi błyskawicznie więc zorientowali się w zmyłce, co narażało sztucznego funkcjonariusza MO na wyzwiska, a nawet przejawy agresji.
System fotoradarów i ich atrap był rozwinięciem wspomnianego pomysłu sprzed lat i opierał się na zasadach gry w rosyjską ruletkę. Rozstawiasz w całym kraju tysiąc masztów ze skrzynkami i tysiąc znaków "Uwaga, fotoradar!". Co prawda masz tylko 50 urządzeń pomiarowych, ale zmieniasz nieustannie ich lokalizację. Kierowca wie, że szansa, iż w charakterystycznej budce, którą napotyka na swej drodze, znajduje się miernik prędkości, wynosi jak 1:20, ale jeśli nie ma natury hazardzisty, wówczas, pamiętając o rotowaniu aparatury, woli zachować ostrożność.
I byłoby świetnie, gdyby służby odpowiedzialne za fotoradary faktycznie, zgodnie z założeniami, często i w zmyślny sposób je przenosiły. Niestety, liczne fotoradarowe budki od początku były i są zawsze puste. Dzisiaj, zaniedbane, opuszczone, jeżeli kogokolwiek straszą, to wyłącznie estetów - swoim żałosnym wyglądem. Niewykluczone zresztą, że brak mobilności fotoradarów nie wynika z ludzkiego lenistwa, lecz z chłodnej kalkulacji - urządzenia umieszczono i pozostawiono tam, gdzie przynoszą największy urobek. Pokusa czerpania wielkich dochodów z mandatów przeważyła nad szczytnymi celami działań prewencyjnych...
Jeden z posłów, opowiadających się za likwidacją pustych masztów fotoradarowych, nazwał ich obecność "parodią" tymczasem zapobieganie przez odstraszanie może być naprawdę skuteczne, o ile robi się to z głową.
Pewien rolnik z Bieszczad miał kłopot z natrętami, którzy masowo, czyniąc sobie wygodny skrót, przechodzili przez jego gospodarstwo. Prośby, groźby, zasadzanie się z widłami, zagradzanie przejścia płotem, ustawianie tablic "Teren prywatny, wstęp wzbroniony" i tym podobne konwencjonalne metody nic nie dały. Pomógł dopiero duży napis z przestrogą: "Uwaga, żmije!". Turyści zaczęli to miejsce omijać z daleka. Lokalna ludność wiedziała, że to podpucha i nadal chodziła utartymi ścieżkami. Zmieniłaby z pewnością swoje przyzwyczajenia, gdyby gospodarz zadbał, by na objętym ostrzeżeniem terenie żmije rzeczywiście od czasu do czasu się pojawiały. I to nie w postaci plastikowych atrap, ale jak najbardziej żywej gadziny...
(źródło: poboczem.pl)
|
|
czwartek, 15 lipca 2010 15:31 |
|
Dla wielu szowinistów "baba za kółkiem" jest szczytem motoryzacyjnego nieszczęścia.
Ponieważ jednak, w myśl przysłowia, te ostatnie chodzą parami, czasami zdarza się, że za kierownicą spotkać można panią, która nie tylko nie ma manualnych zdolności do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ale też nie posiada do tego żadnych uprawnień. Jeśli taki scenariusz to dla kogoś za mało, dodajmy jeszcze piwko, wypite przez panią dla odwagi. Co z tego wyjdzie?
Efekt takiej wybuchowej mieszanki możecie zobaczyć na zdjęciu. Do wypadku doszło w Raciążu, w województwie Kujawsko-Pomorskim. Na szczęście poszkodowanymi okazały się być: płot, ścięte drzewko owocowe, rozbita altana i uszkodzona ściana domu jednorodzinnego. Za kierownicą auta siedziała 30-latka, która nigdy nie posiadała prawa jazdy. W jej krwi stwierdzono za to 0,3 promila alkoholu. Kierowca kaskader, a także podróżujący z nią pasażer odnieśli jedynie drobne obrażenia.
(żródło: RMF/interia.pl) |
|
czwartek, 15 lipca 2010 14:38 |
 Dwie wielkie akcje przywoławcze, jakie przeprowadziła Toyota, zdecydowanie negatywnie wpłynęły na wizerunek marki. Okazuje się jednak, że za niekontrolowane przyspieszanie samochodów winę ponosi nie tylko Toyota.
Pierwsza kampania zorganizowana przez japońską w ostatnim czasie związana była z niewłaściwie dobraną wykładziną podłogową, która mogła doprowadzić do zablokowania pedałów.
Drugą akcję serwisową producent zorganizował po doniesieniach mówiących o tym, że w niektórych samochodach Toyoty, na skutek wadliwej konstrukcji mechanizmu, może dojść do zablokowania pedału przyspieszania, co uniemożliwia zatrzymanie samochodu.
Teraz w najnowszym raporcie zaprezentowanym przez Wall Street Journal, gazeta powołując się informacje uzyskane podczas śledztwa prowadzonego przez amerykańskie ministerstwo transportu sugeruje, że za niekontrolowane przyspieszanie samochodów mogli odpowiadać ich kierowcy.
Według Wall Street Journal, kierowcy Toyot, które uczestniczyły w wypadkach niewłaściwie używali pedała hamulca, a wiele wskazuje na to, że prowadzący myląc pedały naciskali gaz, zamiast hamulca.
Takie wyjaśnienie nie wydaje się zbyt przekonujące. Na ostateczne wyniki śledztwa trzeba poczekać do jego zakończenia.
(onet.pl) |
|
|
|
|
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>
|
|
Strona 5 z 69 |